wso.edu.pl

Od kursu przygotowawczego do indeksu – historia jednej maturzystki

Kurs przygotowawczy zmienił jej podejście do matury – poznaj historię maturzystki, która krok po kroku doszła do indeksu na wymarzonych studiach.

Tomasz Kowalczyk 8 min czytania

Jeszcze rok temu Ania nie wierzyła, że da się jednocześnie zdawać maturę na wysokim poziomie i przygotować się do trudnych egzaminów wstępnych. Dziś ma już za sobą pierwszy semestr studiów, a jej droga – od pierwszych zajęć na kursie przygotowawczym po odbiór indeksu – pokazuje, że dobrze zaplanowana nauka i systematyczność liczą się bardziej niż wrodzony talent. To historia typowa dla wielu maturzystów, którzy stoją przed podobnym wyborem i szukają realnego punktu odniesienia, a nie tylko ogólnych rad.

Punkt wyjścia – dlaczego zdecydowała się na kurs przygotowawczy

Na początku ostatniej klasy Ania miała solidne, ale nie wybitne wyniki z przedmiotów maturalnych. Wiedziała, że kierunek, na który chce się dostać, wymaga nie tylko dobrego wyniku matury, ale też swobodnego poruszania się w materiale wykraczającym poza podstawę programową. Rozmowa z nauczycielem i starszymi kolegami, którzy już zdawali podobne egzaminy, uświadomiła jej, że samodzielna nauka z podręcznika może nie wystarczyć, jeśli chce konkurować z równie zmotywowanymi kandydatami.

Zdecydowała się na kurs przygotowawczy z kilku konkretnych powodów, które warto rozważyć również w innych przypadkach:

  • potrzebowała jasnej struktury nauki, bo samodzielne planowanie zajmowało jej za dużo czasu i energii;
  • chciała mieć kontakt z osobą, która na bieżąco sprawdza jej wiedzę i wskazuje błędy, zanim staną się nawykiem;
  • zależało jej na materiałach dopasowanych do konkretnego typu egzaminu, a nie na ogólnym powtórzeniu programu;
  • potrzebowała grupy rówieśniczej, która trzyma podobne tempo i motywuje do regularności.

To zestawienie warto przemyśleć, zanim zapisze się na kurs ktoś inny – nie każdy potrzebuje wszystkich tych elementów w takim samym stopniu. Uczniowie, którzy potrafią sami zaplanować naukę i konsekwentnie się jej trzymać, czasem lepiej wykorzystają czas na indywidualne powtórki, a kurs traktują jedynie jako uzupełnienie w wybranych obszarach.

Jak wyglądał plan nauki przed kursem i podczas niego

Zanim Ania zapisała się na zajęcia, przez kilka tygodni robiła coś, co później okazało się kluczowe: sprawdzała, ile realnie może się nauczyć w ciągu tygodnia bez rezygnowania ze snu i odpoczynku. Dzięki temu, gdy zaczął się kurs przygotowawczy, nie musiała gwałtownie zmieniać rytmu dnia – zajęcia po prostu wpisały się w istniejący plan.

Jej tydzień w okresie największej intensywności wyglądał orientacyjnie tak:

  • dwa lub trzy popołudnia w tygodniu przeznaczone na zajęcia kursowe z głównych przedmiotów egzaminacyjnych;
  • codzienna, krótka sesja powtórkowa – od czterdziestu minut do godziny – poświęcona materiałowi z ostatnich zajęć;
  • jeden dłuższy blok w weekend na rozwiązywanie zadań maturalnych z poprzednich lat;
  • regularne, ale krótkie powtórki słownictwa i wzorów, robione metodą małych porcji rozłożonych w czasie, a nie jednorazowego „wkuwania".

Ważnym elementem był też system notatek. Ania nie przepisywała wszystkiego z zajęć, tylko od razu zaznaczała, które zagadnienia sprawiają jej trudność, i wracała do nich w osobnym zeszycie błędów. Taki zeszyt – z zadaniami, w których pomyliła się na próbnych testach – okazał się jednym z najskuteczniejszych narzędzi w ostatnich tygodniach przed egzaminami, bo pokazywał wprost, co jeszcze wymaga powtórki, a nie tylko ogólne poczucie „powinnam jeszcze raz to przejrzeć".

Osoby, które planują podobną ścieżkę, powinny pamiętać, że konkretny rozkład zajęć, liczba godzin i zakres materiału różnią się w zależności od szkoły, kierunku studiów i regulaminu danego kursu przygotowawczego – warto to zawsze zweryfikować bezpośrednio w organizatorze zajęć oraz na stronie uczelni, na którą się kandyduje.

Czy da się jednocześnie przygotować do matury i egzaminów wstępnych?

To pytanie zadawała sobie chyba każda osoba, która słyszała o planach Ani. Odpowiedź, jaką sama by dała po roku, jest umiarkowanie optymistyczna: da się, ale tylko wtedy, gdy materiał z matury i materiał egzaminacyjny w dużej części się pokrywają, a naukę rozłoży się w czasie, a nie skupia w ostatnich tygodniach.

Kluczowe okazało się rozdzielenie priorytetów w zależności od okresu roku szkolnego:

  • jesienią i zimą główny nacisk kładła na systematyczne poszerzanie wiedzy na kursie przygotowawczym, traktując to jako inwestycję na przyszłość, nie na najbliższy sprawdzian;
  • na przełomie zimy i wiosny zaczęła równolegle wracać do materiału z całego cyklu nauki w szkole, żeby nic nie umknęło przed maturą;
  • w ostatnich tygodniach przed egzaminami skupiła się przede wszystkim na próbnych testach i analizie błędów, ograniczając wprowadzanie zupełnie nowych zagadnień.

Bardzo pomogło jej też rozróżnienie, co jest „materiałem matury", a co „materiałem egzaminu wstępnego" – w wielu przedmiotach te zbiory się przenikają, ale egzaminy wstępne na wybrane kierunki bywają bardziej szczegółowe albo obejmują zagadnienia z innego zakresu niż podstawa maturalna. Zamiast uczyć się dwa razy tego samego, starała się od razu identyfikować te różnice i uczyć się „w jedną stronę", czyli od razu na najwyższym wymaganym poziomie.

Warto pamiętać, że zakres wymagań, forma egzaminów i sposób przeliczania wyników matury na punkty rekrutacyjne różnią się między uczelniami i kierunkami, a bywają też zmieniane w kolejnych latach – dlatego takie informacje trzeba zawsze sprawdzać w aktualnych zasadach rekrutacji publikowanych przez konkretną szkołę wyższą, a nie opierać się wyłącznie na doświadczeniach starszych roczników.

Największe trudności i jak sobie z nimi radziła

Historia Ani nie jest opowieścią o łatwym sukcesie bez wątpliwości. W pewnym momencie, około dwóch miesięcy przed egzaminami, poczuła, że mimo regularnej nauki wyniki próbnych testów przestały się poprawiać. To bardzo częsty etap, o którym mało się mówi, a który potrafi zniechęcić nawet zmotywowanych uczniów.

Zamiast zwiększać liczbę godzin nauki, co intuicyjnie wydawało się najprostszym rozwiązaniem, zmieniła podejście:

  • poprosiła prowadzącego zajęcia o wskazanie, które konkretnie typy zadań powtarzają się w jej błędach – okazało się, że problem nie leżał w wiedzy teoretycznej, a w interpretacji poleceń i zarządzaniu czasem podczas testu;
  • zaczęła symulować warunki egzaminacyjne w domu, z odmierzanym czasem i bez telefonu w zasięgu ręki, żeby przyzwyczaić się do presji;
  • ograniczyła liczbę nowych materiałów na kilka tygodni i wróciła do powtórki tego, co już przerobiła, żeby ugruntować pewność siebie.

Drugą trudnością, z którą musiała sobie poradzić, był stres związany z porównywaniem się z innymi uczestnikami kursu. Grupa, w której się znalazła, była bardzo zróżnicowana – niektórzy uczyli się danego przedmiotu od lat na dodatkowych zajęciach, inni zaczynali praktycznie od zera. Pomogło jej przestawienie się z myślenia „jestem gorsza od innych" na „porównuję siebie dzisiejszą z sobą z zeszłego miesiąca" – i śledzenie własnego postępu na podstawie wyników próbnych testów, a nie pozycji w grupie.

Nie mniej istotna była też rozmowa z rodzicami o realistycznych oczekiwaniach. Presja związana z dostaniem się na konkretny kierunek bywa ogromna, a otwarte ustalenie, co się stanie, jeśli plan A się nie powiedzie, i jakie są sensowne alternatywy, zdjęło z niej część napięcia i pozwoliło skupić się na nauce, a nie na obawach.

Dzień wyników i droga do indeksu

Sam egzamin maturalny, wbrew obawom, przebiegł spokojniej, niż się spodziewała – w dużej mierze dlatego, że forma i typ zadań były jej dobrze znane z regularnych próbnych testów. Największym wyzwaniem okazał się czas między zakończeniem matury a ogłoszeniem wyników, kiedy trudno było się skupić na czymkolwiek innym.

Po ogłoszeniu wyników matury zaczął się drugi etap – rejestracja w systemie rekrutacyjnym uczelni, uzupełnianie dokumentów i śledzenie list rankingowych. Kilka rzeczy z tego etapu warto zapamiętać, bo dotyczą praktycznie każdego kandydata:

  • terminy rejestracji, wgrywania dokumentów i opłat rekrutacyjnych są ściśle wyznaczone i nie podlegają negocjacji – dobrze zapisać je sobie w kalendarzu z wyprzedzeniem;
  • listy rankingowe i progi punktowe zmieniają się z roku na rok, więc wynik znajomych ze starszego rocznika jest jedynie orientacyjnym punktem odniesienia, a nie gwarancją;
  • warto na bieżąco sprawdzać swoją pocztę elektroniczną i konto w systemie rekrutacyjnym uczelni, bo część informacji – na przykład o konieczności donesienia dokumentu – bywa przekazywana tylko tą drogą.

Ania znalazła się na liście przyjętych, ale – co warto podkreślić – nie od razu na pierwszym miejscu rankingu. Jej wynik znalazł się w środkowej części listy osób przyjętych na dany kierunek, co pokazuje, że nie trzeba być najlepszym z najlepszych, żeby dostać się na wymarzone studia – wystarczy spełnić wymagany próg punktowy.

Moment odbioru indeksu, opisywany przez nią jako „bardziej biurokratyczny niż wzruszający", był w praktyce potwierdzeniem tego, że wszystkie wcześniejsze miesiące systematycznej pracy przełożyły się na konkretny, wymierny efekt. To dobre przypomnienie dla osób, które są jeszcze na etapie nauki: satysfakcja z sukcesu rzadko przychodzi w formie jednego wielkiego przełomu, a częściej jako suma wielu małych, czasem nudnych, powtarzalnych działań.

Czego może nauczyć się z tej historii każdy maturzysta

Droga Ani nie jest uniwersalnym przepisem na sukces – każda osoba uczy się w innym tempie, ma inne warunki do nauki i inny punkt startowy. Można z niej jednak wyciągnąć kilka wniosków, które sprawdzają się niezależnie od kierunku studiów i wybranego kursu przygotowawczego.

Po pierwsze, decyzja o zapisaniu się na zajęcia przygotowawcze ma sens wtedy, gdy odpowiada na konkretną potrzebę – strukturę, informację zwrotną, dostęp do materiałów – a nie wynika z samej presji otoczenia. Po drugie, rozłożenie nauki w czasie i regularna analiza własnych błędów działają skuteczniej niż intensywna nauka w ostatnich tygodniach. Po trzecie, warto rozdzielić w głowie wymagania matury i wymagania egzaminów wstępnych, żeby nie uczyć się dwa razy tego samego materiału na różnych poziomach szczegółowości.

Warto też pamiętać, że dokładne wymagania, terminy i sposób przeliczania wyników na punkty rekrutacyjne zmieniają się w czasie i różnią się między uczelniami, dlatego najbezpieczniej jest traktować takie historie jako inspirację do działania, a konkretne fakty – terminy, progi punktowe, zakres egzaminów – zawsze sprawdzać w aktualnych źródłach: na stronie własnej szkoły, w informacjach Centralnej Komisji Egzaminacyjnej lub odpowiedniej okręgowej komisji egzaminacyjnej oraz w regulaminie rekrutacji konkretnej uczelni. Historia jednej maturzystki pokazuje, że droga od pierwszych zajęć na kursie przygotowawczym do odebrania indeksu jest długa i wymaga wytrwałości, ale przy realistycznym planie i regularnej pracy staje się wykonalna dla znacznie większej liczby osób, niż mogłoby się wydawać na starcie.

Udostępnij:
Wróć do Kursy i szkolenia